Gerd Heuschmann – Wojna o ujeżdżenie

Wywiad z Gerdem Heuschmannem w 2009r. przeprowadził Chris Hector z magazynu „The Horse
Tłumaczenie: Classical Way

Gerd Heuschmann jest kontrowersyjną postacią w świecie ujeżdżenia… Wydawało się, że komitet ujeżdżenia FEI planuje pozwać go za materiał filmowy dotyczący zawodów ujeżdżeniowych (i rozprężenia), zawarty na jego bezkompromisowym DVD pt. „Gdyby konie mogły krzyczeć”. Jednocześnie jednak coraz więcej miłośników ujeżdżenia przysłuchuje się przyjaznym koniom ideom popularyzowanym przez Gerda oraz innych jeźdźców i trenerów, powiązanych ze Stowarzyszeniem Xenophon. Dlatego moje pierwsze pytanie brzmiało:

Chris Hector: Kto wygrywa – dobrzy czy źli?

Gerd Heuschmann: Klaus Balkenhol, który jest na zawodach w każdy weekend, powiedział mi, że sytuacja na rozprężalni uległa drobnej poprawie. Wszędzie toczą się ogromne dyskusje, więc temat istnieje w ludzkiej świadomości – to coś o czym trzeba myśleć. Nawet nasza Niemiecka Federacja Jeździecka zareagowała – jestem już umówiony z nowym głównym sekretarzem, chcą ze mną rozmawiać. Okay, jestem w stanie zrozumieć, że nie lubią mojego DVD. Zwłaszcza komentarzy na końcu – myślą, że w ogóle nie lubię zawodów, ale przecież dobre przykłady również zaczerpnąłem z konkursów. Niemniej wciąż są otwarci na dyskusję. Pytali mnie o seminaria, więc w następny weekend będę prowadził jedno z Christophem Hessem w ośrodku jego syna. Sądzę, że to bardzo pozytywny czas,  coś w końcu ruszyło.

C.H.: Wydaje mi się, że w wyniku zmian w komisji ujeżdżenia FEI, tegoroczny skład zespołu sędziów europejskich również został ulepszony – dobrze widzieć z powrotem Erica Lette’a, myślę, że to prawdziwy koniarz …

G.H.: Tak, ale w mojej opinii powinniśmy zmienić system ich selekcji. Musimy stworzyć odmienny system, który wyda bardzo silnych sędziów, dzięki czemu żaden organizator zawodów ani zawodnik nie będzie miał najmniejszego wpływu na to, czy sędzia  postrzegany jest jako dobry czy zły. Musimy mieć pulę sędziów na rożnych poziomach. Powinno być tak: na niższych poziomach zawodów lokalni organizatorzy mówią, że “tutaj potrzebujemy trzech, tam pięciu sędziów” i odbywa się to na zasadzie loterii – ok, ty pójdziesz tu, a ty tam… Nie wiadomo wtedy kto się pojawi. Potrzebujemy grupy sprawdzonych ludzi, co do których nie ma się wątpliwości, że są dobrzy  – tak, tak samo jak dobrych i złych weterynarzy możemy mieć również dobrych i złych sędziów, ale my musimy mieć inny system. Problem będzie istniał tak długo jak ludzie będą mogli wybierać i mówić, że jeżeli ten sędzia jest na tych zawodach, to ja tam nie pojadę! Nie znam innego sportu z takim systemem.

C.H.: Sądziłem, że sposób sędziowania na ubiegłorocznym Bundeschampinacie był lepszy, niż na wcześniejszych…

G.H.: Tak, sędziowie podejmowali bardziej przemyślane decyzje i byli świadomi, że publiczność jest bardziej wrażliwa. Tym wrażliwsza nosząc nasze koszulki…

C.H.: Koszulki?!

G.H.: Ludzie pytają mnie co mogą zrobić. Odpowiadałem: otwórzcie usta. Krytyka jest dobra, ale nie mówcie tylko do swoich sąsiadów, otwórzcie usta. Tylko jak to zrobić? Zrobiliśmy więc te T-shirty. Stojąc przy czworoboku można było odwrócić się plecami, kiedy przejazd się nie podobał.  Czekam na tegoroczne zawody w Aachen, ponieważ spodziewam się kilkuset osób w takich koszulkach.

C.H.: Co możemy zrobić, aby poprawić tę sytuację?

G.H.: Sądzę, że pierwszą rzeczą powinno być odzyskanie naszych idoli… George’a Morrisa w ujeżdżeniu, ludzi z zasadami i czystymi ideami, myślących przede wszystkim o koniu, a nie o sukcesie i pieniądzach. Jednocześnie musimy pracować nad edukacją początkujących – naszych zwykłych jeźdźców.

C.H.: To ciekawe, że tak uznany jeździec jak Isabell Werth jest skłonna omówić z Tobą te kwestie.

G.H.: Nie do wiary. Nie ma potrzeby, aby rozmawiała ze stukniętym weterynarzem, więc dlaczego – jest medalistką olimpijską, ma pełną stajnię, po co miałaby spędzić pół dnia, aby przyjść tutaj, usiąść i porozmawiać, popijając herbatę? To pokazuje mi, że jest otwarta i gotowa na dyskusję. Z drugiej strony, kiedy bywam w Stanach Zjednoczonych (ostatnio dość często) jest to przykre doświadczenie. Jest tam kilku niemieckich trenerów, którzy w treningu podążają bardzo złą drogą. Podczas seminarium pewna pani powiedziała: „Byłam u niemieckiego trenera z Warendorfu (powinien pan go znać) który polecił mi, abym galopowała przez czterdzieści minut dookoła niego, utrzymując nos konia przy mojej nodze”, czterdzieści minut… uroczy trener ujeżdżenia, popularny w Ameryce.

Pan i pańscy koledzy dziennikarze stajecie się coraz bardziej krytyczni. Pani Pochammer z St. Georg uważa, że była pierwsza, ale jest o wiele więcej publicystów, którzy myślą o tym jak trenować konie w poprawny sposób.

C.H.: Czuję się niezręcznie, kiedy osoby stosujące przyjazne metody treningu odpływają w stronę „och, jesteśmy tacy wspaniali i delikatni i już nigdy nie wystawimy naszych koni w zawodach”, a gdy patrzysz na większość z nich, to ich trening jest dość paskudny…

G.H.: Zawsze powtarzam ludziom, aby nie byli dogmatyczni i panu także muszę to powiedzieć. Istnieją wyjątkowi ludzie jak Phillipe Karl. Nie byłem pewny co do niego, ale pani Sonntag, która wydaje magazyn „Piaffe”, namówiła mnie abym pojechał i go zobaczył. Miałem szczęście, ponieważ czterech czy pięciu najlepszych trenerów pracujących jego metodą było tam i akurat jeździło. Nie wierzyłem własnym oczom, ponieważ to właśnie było ujeżdżenie. Niesamowite – przez cały dzień. Nie pokazali mi żadnego błędu przez cały dzień. Wjeżdżali na długich wodzach, robili piaffy, ale prawdziwe piaffy z użyciem zadnich nóg. To był perfekcyjny dresaż. Okay, pani Sonntag pojechała w inne miejsce, z innymi jeźdźcami i to już nie było takie dobre.

C.H.: Dlaczego te konie nie pokażą się i nie wyjdą na arenę konkursową?

G.H.: To kolejna rzecz. Pan Karl zawsze powtarza: nie chcę mieć nic wspólnego z Federacją i jeżeli jeździsz na zawody, nie możesz ze mną pracować. Powiedziałem mu, że przecież jeżeli jest szczery i nie okłamuje siebie, jeżeli chce pomagać koniom, to musi zmienić swoje myślenie i dać ludziom szansę wzięcia czegoś ze swoich idei. Jest naprawdę niezwykły, to właśnie ten facet, który jeździ z wysoko podniesionymi rękoma. Będąc u niego i obserwując jego pracę przez dwa dni zauważyłem, że ma bardzo interesujące poglądy i jeżeli użylibyśmy część z nich, moglibyśmy powstrzymać ludzi od ciągnięcia za wodze.

Nie ma powodu aby ciągnąć – jego metodą konie zaczynają przeżuwać, relaksować się i unosić grzbiet. Nie znoszę tego dogmatycznego świata ujeżdżenia. Jeżeli jesteś ujeżdżeniowcem z Federacji, nigdy nie porozmawiasz z panem Karlem, ani z jeźdźcami koni iberyjskich z Portugalii. A jest kilka osób, które wykonują dobrą pracę. Anja Beran, która napisała „Classical Schooling with the Horse in Mind”, ona właśnie jest taką osobą i jeżeli byłbym koniem, prawdopodobnie moją pierwszą decyzją byłoby znalezienie się w jej stajni. Nie może startować, ponieważ jej konie nie mają dostatecznie wyrazistego momentu zawieszenia, ale te konie wykonują perfekcyjny piaff, są rozluźnione i są bardzo elastyczne.

C.H.: Ale czy uważasz, że tu chodzi tylko o technikę – Hayley Beresford podczas Pucharu Świata w Neumünster zdobył 74% startując na koniu rasy Lusitano…

G.H.: Chodzi o odmienną filozofię. W mojej opinii istnieją dwa główne korzenie historyczne ujeżdżenia. Jeden z nich to podążanie za tradycją militarną – żołnierz chce przebyć drogę z Berlina do Sankt Petersburga i to szybko. Chce mieć zdrowego konia, zdrowy zadek i plecy, dlatego potrzebuje ruchu z momentem zawieszenia i konia kłusującego naprzód przez grzbiet. Drugi z kolei wywodzi się się z tradycji iberyjskiej, gdzie konie używało się do pracy z bydłem, a w weekendy do walki z bykami. Czego potrzebujesz będąc na arenie z bykiem? Czego chcesz? Chcesz konia, który jest szybki i elastyczny, ale nie potrzebujesz zawieszenia. Czy wyobrażasz sobie Weltmeyera z ogromnym kłusem naprzeciwko byka? Byłby nieżywy. W takiej jeździe nie można pozwolić sobie na zawieszony ruch, to kompletnie inna idea. Pracując z bydłem trzeba galopować, zatrzymywać się, stępować na długiej wodzy. Nie potrzeba kłusa z fazą zawieszenia. To zupełnie inny nurt.

Obie filozofie zbiegają się w punkcie końcowym i efektem są rozluźnione, zdrowe konie, ale różne. W jednej z nich mamy luźne wodze, opuszczony grzbiet w kroczącym kłusie bez fazy zawieszenia – to zupełnie inna filozofia. Von Niendorf pokazał jednak, że u tych koni także można uzyskać fazę zawieszenia – o ile tylko jeździ się je z poniesionym grzbietem. Ale nie lubię gdy ludzie związani ze światem zawodniczym – jak ty – skreślają ich na wstępie. Powinniśmy postarać się zrozumieć co oni robią i rozmawiać ze sobą. Jest wiele bardzo interesujących aspektów, którymi możemy się między sobą wymieniać. Wierzę, że ideał leży pośrodku. Możesz mieć przyjemnego do jazdy konia z fazą zawieszenia, dobrze wyglądającego i rozluźnionego nie musząc ciągnąć za wodze.

Chodzi o to, że świat zawodów ujeżdżeniowych może być czymś miłym i wiązać się z rozluźnieniem koni. Nie potrzeba wszechobecnego usztywnienia, które obecnie obserwujemy. Mamy błędne pojęcie o kontakcie: kontakt jest źle interpretowany już u podstaw jeździectwa i aż do najwyższych szczebli tego sportu. W języku angielskim nie ma dobrego odpowiednika słowa stellen – bocznego wygięcia w potylicy, które jest konieczne aby koń naprawdę pracował “przez grzbiet” i był rozluźniony – spójrz na wysokie konkursy ujeżdżenia, te konie są jak kłody drewna, zero bocznego zgięcia. Gdy odwiedziłem pana Karla i zrozumiałem jego filozofię odnośnie potylicy i żucia – w świetle biomechaniki – wszystko poukładało się w całość. Obecnie zmuszamy konie do odpuszczenia w potylicy, a gdy grzbiet opada, dusimy, aby uzyskać fazę zawieszenia. Wszystko ze sztywnym grzbietem. Rozluźnienie – to słowo już nie istnieje, odeszło w zapomnienie. Jeżeli przeczytasz HDV12, matkę naszych niemieckich przepisów, znajdziesz tam informacje o rozluźnieniu potylicy, a także baucherowską pracę z pyskiem konia.

Baucher jest postacią, nad którą trzeba się zastanowić. Raczej go nie lubimy, ale miał bardzo ciekawe poglądy w kwestii kontaktu. Mówienie, że Baucher to w 100% bzdury jest błędem – wiele z jego teorii powinniśmy przedyskutować.

Podsumowując, musimy rozmawiać między sobą a wy, dziennikarze, jesteście osobami, które formują opinie – i otwierają umysły ludzi lub je zamykają. Uważam, że takie osoby jak wy powinny więcej pracować nad komunikacją pomiędzy dyscyplinami.

W listopadzie (w 2009 r – przyp. CW) odbędzie się duża konferencja – Phillipe Karl i ja spotkamy się na wielkiej hali aukcyjnej w Verden) Nie wyobrażacie sobie nawet ile osób chce przyjść i to zobaczyć. Może myślą, że będziemy się kłócić. Będę próbował im wytłumaczyć, że musimy być uważnymi obserwatorami. Philippe Karl przywiezie kilka swoich koni i chce mieć także stawkę koni gorącokwistych, których nigdy wcześniej nie widział. Nie ma w tym strachu, podejmuje ryzyko, jest bardzo interesującą osobą. Nie wiem czy jego system jest na tyle dobry, by każdy mógł go używać w treningu swojego konia. Istnieje niebezpieczeństwo, że jeśli nie posiada się perfekcyjnego dosiadu i jeździ się na wysokiej ręce, może to prowadzić do problemów.

C.H.: Mieliśmy podobne zjawisko w Australii – wielki mistrz Nuno Oliveira odwiedził nas kilka razy i niektórzy postanowili, że chcą jeździć tak jak on.  Po prostu założyli koniowi munsztuk, bardzo ostre ostrogi, usiedli wprost na środku kłody konia z podniesionymi rękoma i zaczęli jeździć fałszywym pasażem – bardzo wygodnym do siedzenia,  przy którym można było udawać mistrza szkoły barokowej, ale niestety bardzo szkodliwym dla konia – wszystko ponapinane, niedostatecznie wygimnastykowane… to było tak samo niezdrowe jak ekspresyjny kłus prezentowany na czempionacie młodych koni.  

Nie powinniśmy zestawiać błędnie rozumianej jazdy niemieckiej z błędną jazdą iberyjską. Powinniśmy skupić się na pozytywnych aspektach obu filozofii. Zanim zaczniemy dyskutować, powinniśmy zaakceptować fakt istnienia dwóch filozofii.  Wydaje się nam, że to inni są w błędzie, a im, że to my się mylimy. Wszyscy mówią jednak o “ujeżdżeniu” – a ujeżdżenie nie jest jedno – zależy skąd pochodzi, jaka była jego oryginalna idea. Wiele osób próbuje mieszać obie te filozofie i nie osiąga sukcesu. A zła mieszanka może być wręcz niebezpieczna…

C.H.: Ale oczywiście istnieje zasadnicza kwestia biomechaniczna, z której ty zdajesz sobie sprawę jak nikt inny. Koń ma określoną budowę i nie ma aż tak wiele sposobów, aby ruszyć go z punktu A do punktu B i jednocześnie by było to dla niego korzystne fizycznie. Myślę, że problem zaczyna się gdy mówimy: “och, jest przecież tak wiele dróg do ujeżdżenia”, a przecież mechanika konia dopuszcza tylko określone sposoby poruszania się i to budowa konia tworzy zasady…

Masz rację, lecz – tu jest jedno “ale” – cała biomechanika, o której ostatecznie mówimy i tak sprowadza się do pracy grzbietu. Spróbujmy to uprościć – to będzie podsumowanie mojej nowej prezentacji, która trwa trzy i pół godziny i cały czas się wydłuża… ale wszystko sprowadza się do grzbietu. Pamiętasz pewnie najdłuższe mięśnie grzbietu, dwa silne mięśnie. Główną ideą dobrego jeździectwa jest nieposiadanie sztywnego grzbietu. Tego właśnie nie lubimy – sztywnych grzbietów.

Patrząc na pozytywy, mamy wiele odmian jeździectwa, np. bardzo dobre szkoły francuskie/portugalskie. Konie są tam trenowane z luźnym grzbietem, który nie posiada pozytywnego napięcia. Grzbiet jest opuszczony, ale nie sztywny – jest zupełnie zrelaksowany. Pracuje się tam w kłusie określanym przez starych mistrzów jako “kłus szkolny”, w którym jedna para kończyn konia zawsze jest na ziemi i nie ma tam fazy zawieszenia wymagającej pozytywnego napięcia grzbietu. To nadal jest dobre jeździectwo, ponieważ koń nie jest sztywny – jest rozluźniony, żuje wędzidło, a jeździec może mieć wiszące wodze. Kolejnym krokiem może być ujeżdżenie na poziomie niższych klas, gdzie zaczyna się używać pozytywnego napięcia grzbietu w kłusie pośrednim. Im wyżej zajdziemy, tym więcej potrzebujemy pozytywnego napięcia. To jak u tancerza – pozytywne napięcie, ale nie sztywność.

Musimy więc zagłębić się w filozofię. Filozofia iberyjska/francuska nie potrzebuje pozytywnego napięcia, lecz mamy kilka podstawowych podobieństw: dążymy do rozluźnienia grzbietu, wzmocnienia zadnich nóg, odpuszczenia w potylicy i sprawienia aby koń przeżuwał… żucie jest pierwszym krokiem w rozluźnieniu systemu krótkich mięśni okolic głowy i szyi. Jeżeli zamkniemy pysk konia i nie będzie on  w stanie przeżuwać, to nigdy nie otrzymamy konia luźnego w potylicy. Nigdy. Nie ma takiej możliwości. Możemy konia rozciągać, ale nie sprawimy, że odda nam potylicę. Koń sam powinien nam ją dać , nie możemy jej wziąć. Jest tak wiele rzeczy, które moglibyśmy ulepszyć w naszym systemie patrząc na system iberyjski/francuski. Nie musimy brać od nich całej filozofii – wystarczą rzeczy, które są dobre. Wybrać np. takie ćwiczenia jak chody boczne w stępie. W starym HDV12 (dokumencie, na którym opierają się zasady systemu niemieckiego) były one opisane, lecz wyrzuciliśmy je nie widząc w nich sensu. A jednak są bardzo ważne.

Jednym z problemów tutaj w Niemczech jest fakt, że mamy dobrych jeźdźców, którzy otrzymują wysokie wyniki robiąc z ujeżdżenia ekscytujące show. Te noty to powód, dla którego jeżdżą w taki sposób. Jeżeli mielibyśmy sędziów, którzy powiedzieliby: “Nie, ten koń nie porusza się przez grzbiet, nie jest rozluźniony – przykro mi.”, wtedy myślę, że ci najgorsi byliby pierwszymi chętnymi na zmiany.

Ostatnio odwiedził mnie kowboj z Montany. Roland po raz pierwszy był zagranicą, to świetny sześciesięciodwuletni koniarz,  który całe swoje życie spędził ze swoim bydłem i końmi. Wszyscy oglądali się za nim, gdy w dużym kapeluszu kowbojskim pojechał obejrzeć zawody. W końcu, po dwóch i pół godzinie patrzenia na rozprężalnię i plac konkursowy, podszedł do mnie i powiedział: “ci ludzie nie lubią swoich koni”. To dało mi dużo do myślenia. Ja mówię o biomechanice, a to tylko jeden z elementów układanki. Ci kowboje nie wiedzą o biomechanice nic i bazują tylko na swoim wyczuciu. Kowboj popracował z moim koniem z ziemi i w efekcie osiągnął te same rzeczy, dokładnie te same, które robię ja z moim biomechanicznym wytłumaczeniem: Co dzieje się gdy robimy ustępowania w stepie? Co dzieje się z grzbietem? Co dzieje się z łopatkami? Co dzieje się z potylicą? Robił te same rzeczy co ja, pracując na linie i tłumaczył: “teraz otwieram potylicę, to przenosi umysł konia na ziemię”. A ja na to: o, on rozciąga mięśnie grzbietu i szyi. Finalnie doszliśmy do wniosków, że obaj mieliśmy rację. Kiedy koń rozluźnia mięśnie i zaczyna przeżuwać, jego uwaga faktycznie “przenosi się na ziemię” – to powód, dla którego powinniśmy więcej rozmawiać.

Czasem zastanawiam się nad pytaniem czym jest klasyczne ujeżdżenie, lub lepiej, klasyczne jeździectwo (ponieważ moim zdaniem słowo “klasycznie” nie ma związku z konkretną dyscypliną). Dla mnie klasyczny jeździec jest zdolny nauczyć konia czego tylko zechce, nie niszcząc jednocześnie umysłu i ciała tego zwierzęcia. Dobry kowboj także może być klasycznym jeźdźcem, o ile tylko jest dobrym kowbojem.

This article first appeared in the „The Horse Magazine” (horsemagazine.com). 

Podobne artykuły:

6 Komentarzy

  1. Krzysztof Krzysztof
    3 sierpnia 2015    

    Podpisuję się pod tym wszystkim i ściągam czapkę z głowy przed odwagą Gerda Heuschmann’a.
    Jeźdźcy jeżdżą tak, żeby uzyskać jak najwięcej punktów u sędziów jeździectwa. To sędziowie „wykrzywiają” stawiając najwyższe noty tym, którzy bezbłędnie wykonują figurę bez względu na rozluźnienie i samoniesienie konia. czy ktoś kiedykolwiek widział „descente des aides” na ujeżdżalni? Ja widuję „acier des aides”. Chyba kupię sobie tą koszulkę :-)

  2. Lilianna Zięba Lilianna Zięba
    3 sierpnia 2015    

    Tych sędziów ktoś szkolił. Wytyczne dla sędziów wynikają ( a przynajmniej powinny) ze współpracy ze szkoleniowcami.Kolegia sędziów działają przecież przy związkach sportowych( w każdym razie nie są to osobne organizacje). W takim razie obecny sposób sędziowania wynika z rozejścia się wspólnych dróg. Pytanie dlaczego? Brak zrozumienia istoty rzeczy? Zamiast całą winę spychać na barki sędziów, bo tak to w mojej ocenie wygląda, może warto zacząć od „porozumienia na szczycie”. Może konsultacje trenersko -sędziowskie podczas treningów dałyby trafną interpretację jak oceniać wykonanie programów ujeżdżenia. Sędziowie drogą „mailową” prawdopodobnie nie są w stanie ocenić prawidłowej pracy grzbietu. Potrzebują szkolenia tak jak trenerzy i zawodnicy. I tak nie każdy z nich będzie w stanie tę sztukę opanować. Podobnie zresztą jak jeźdźcy i trenerzy – są lepsi i gorsi.Takie podejście do tematu wymagałoby więcej wysiłku i czasu od obu stron. Ale bez konsultacji praktycznych nie widzę szansy powodzenia.

  3. Martyna Martyna
    3 sierpnia 2015    

    Bardzo ciekawe. Ja przez kilka lat jeździłam w stylu west i dopiero teraz przestawiamy się wraz z moim koniem na klasykę. Pracujący ale rozluźniony grzbiet, oraz cały koń to było to czego zawsze chciałam od mojego wierzchowca w weście. Mam nadzieję że w klasyce też da się to osiągnąć. Powodzenia dla wszystkich jeźdźców i ich koni w dążeniu do tego co najlepsze.

  4. Marta Dacko Marta Dacko
    3 sierpnia 2015    

    Piękne słowa!

  5. Magdalena Dawidowicz Magdalena Dawidowicz
    20 września 2016    

    Ten artykuł jest jak balsam dla mojej duszy!!!!Osobiście długo z nieufnością podchodziłam do szkoły francusko -ibryjskiej i do Karla Philippa.Obecnie wybrałam tą właśnie odmianę ujeżdżenia i jestem szczęśliwa widząc jak pozytywnie zmieniają się moje konie.Jeszcze raz bardzo dziękuję waszemu portalowi za waszą pracę i proszę abyście dalej pomagali nam zwykłym jeżdzcom w doskonaleniu naszych umiejętności poprzez zdobywanie tak potrzebnej wiedzy!!!

  6. Iza Iza
    21 września 2016    

    Wszystko pięknie brzmi. Pytanie tylko- kto nas, początkujących na różnych koniach, nauczy dobrych praktyk. Policzcie, w ilu ośrodkach zajmujących się uczeniem, adept (niezależnie od wieku) dowie się o wygięciu konia , o rozluźnieniu, o pracy z zadu? A potem taki początkujący robi uprawnienia i dalej (nie) uczy kolejnych adeptów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *